Basia i przyjaciele
Pochowaliśmy Basię. Wczoraj, na wiejskim cmentarzu parafialnym w sąsiedniej wsi
O oprawę muzyczną pogrzebu siostra Basi Mirka poprosiła mędrca kontrabasu Darka Dżugana (Ju Ghan). Zjawił się wraz z magiem fletów Sławkiem Janusem, który dął w bardzo długą drewnianą dutkę. Chyba nic lepiej nie oddałoby naszego przygnębienia niż chromatyczna uporczywość posępnych strun i szloch ludowej piszczałki.
Ale była też nadzieja – w błękicie nieba, w bieli obłoków i w ożywczych powiewach, za którymi tak się tęskniło w poprzednie upalne dni. I w słowach Ewangelii z 14 rozdziału Jana:
„Niech się nie trwoży wasze serce. Wierzycie w Boga, wierzcie i we mnie.
„W domu mego Ojca jest wiele mieszkań. Gdyby tak nie było, powiedziałbym wam. Idę, aby wam przygotować miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, żebyście, gdzie ja jestem, i wy byli.
„A dokąd ja idę, wiecie i drogę znacie.
„Powiedział do niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz, jakże więc możemy znać drogę?
„Jezus mu odpowiedział: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie. Gdybyście mnie znali, znalibyście też mego Ojca. I już teraz go znacie, i widzieliście go” (J 14,1-7 UBG).
Marcin
Mirka i jej mąż Boguś Szychowiak zaprosili nas na wspominki do sali wynajętej w miłych okolicznościach przyrody (o które nietrudno w naszej gminie, podobno – jak twierdzi Mirka – najpiękniejszej w całym powiecie).
Gdy więc po zakończeniu smutnej, lecz i pełnej nadziei ceremonii stałam tak i czekałam, aż żałobnicy zaczną powoli zdążać w stronę wyjścia z cmentarza, spostrzegłam, że stoję obok grobu z napisem „Krystian Kurgan”. Krystian. To on jako dwudziestoparoletni chłopak wraz ze swoim kolegą Marcinem Prewendowskim pojechali jeepem Basi i wykopali dla nas parę młodych grabów i parę młodych kalin. Te graby powoli rosną i są już całkiem solidne, a kaliny szaleją, barwiąc jesienny ogrodowy krajobraz żółcią liści i czerwienią owoców. Basia ogromnie lubiła Krystiana i Marcina. Często odwiedzali ją i jej męża André, znanego jako Duc, chyba jeszcze jako kilkunastolatkowie, jak pamiętam z jej dawnych opowieści.
I potem ten straszny wypadek, w którym Krystian zginął. Basia nie mogła go przeżałować. Przypuszczam, że Marcin też. Basia mówiła, że przestał pokazywać się w domu nad wąwozem. Ale życie toczyło się dalej. Jak zwykle kołem – bo po latach Marcin, już całkiem dorosły i z własną rodziną, powrócił. Dla Basi w tych ostatnich trudnych latach jego pomoc była nieoceniona. Wpadał, żeby skosić trawniki czy pomóc jej z innymi cięższymi pracami wokół domu.
W mojej pamięci utrwalił się jego obraz z dawnych lat. Teraz, dwadzieścia lat później, gdy zasiadłam obok Mirki przy jednym ze stołów, któryś ze współbiesiadników zaczął dopytywać o Boczka. Miałam wrażenie, jakbym go skądś znała, ale nie potrafiłam powiedzieć, kto to. Wkrótce się okazało. Marcin.
Siedział obok Michała, syna Mirki, i dwóch pięknych i przemiłych kobiet – swoich najbliższych. Mieszkamy tu od ponad 22 lat, a dopiero teraz, za sprawą Basi, ich poznałam!
Marek
Gdy na cmentarzu podeszłam bliżej grobowca, w którym złożono prochy Basi, miałam wrażenie, że niektóre osoby tu i tam przypatrują mi się ukradkiem. Tak jakby się zastanawiały: „Czy ja ją skądś znam?”. Szczerze mówiąc, ja też się niektórym osobom przypatrywałam. I też się zastanawiałam: „Czy ja go skądś znam?”.
Odziany na czarno wysoki mężczyzna w czarnych okularach odwrócił się nagle, uśmiechnął i podszedł do mnie, rozkładając ramiona. Nagle znalazłam się w jego uścisku. No bardzo miło, ale…
– Czy my się skądś znamy? – spytałam skonfudowana.
– Marek Mikłaszewski – roześmiał się.
Ale wpadka. To Marek dwadzieścia lat temu załatwił nam pierwszy w okolicy raczkujący internet! Nie było rozmowy przez telefon, w której Basia nie wspominałaby o Marku. Marek powiedział to, Marek tamto zrobił, Marek radzi, pojechaliśmy tam z Markiem, Marek przywiózł gości. Marek u Basi i Duca bywał bardzo często. Był pierwszą pomocą w nagłych przypadkach. To za jego radą, a właściwie za radą jego mamy, Basia trafiła do Uniwersyteckiego Centrum Stomatologicznego przy Krakowskiej we Wrocławiu, gdzie zrobiono jej zęby jak nowe. Ja zresztą na tym też skorzystałam, gdy w pewien lipcowy dzień pałaszując kaszę jęczmienną natrafiłam na kamyk. Żaden z moich dentystów wówczas nie urzędował. Basia kazała mi dzwonić do Marka. Pomogło!
Sonia, Puszka i Boczek
Marek uratował ją też z tarapatów, w jakie wpadła wskutek działalności Bandy Soni. Sonia sama się wprosiła do Basi i Duca. Gdy pożegnali już wszystkie swoje suczki i w domu pozostały tylko koty, pojawiła się Ona. Biegła gdzieś w lesie za ich samochodem spory kawał, a gdy ją zgubili, potem i tak przywędrowała do ich domu. I została. Po jakimś czasie urodziła szczeniaki, Puszkę i Boczka. I zaczęła ich przyuczać do swoich zwyczajów. Znikali na długie godziny, nieraz na całą noc, Basia odchodziła od zmysłów, nie wiedziała, co robią, gdzie się podziewają. Jej ogród był zbyt duży, a wąwóz zbyt rozległy, by móc sobie pozwolić na ich szczelne ogrodzenie. Wreszcie zaczęły się telefony z sąsiedniej wsi – Banda Soni miała tam podobno dokonać wielu szkód. Basię kosztowało to mnóstwo nerwów. I niestety nie tylko nerwów. Wyjście było jedno – rozbić bandę na czynniki pierwsze. Basia nie mogła zdecydować – kogo oddać, kogo zostawić? Bolało. Tymczasem banda dalej szalała, atakując sarny na polach w pobliżu Basi. Policzyła się też z małym kotkiem, który chciał znaleźć u Basi schronienie.
Tego było już za wiele. Zapadła decyzja. Boczek zostaje. Dziewczyny muszą odejść. Marek zadbał o to, aby poszły w najlepsze możliwe ręce. Dzięki niemu są dziś pod opieką i nadzorem troskliwych ludzi. I na pewno są szczęśliwe.
Dla Basi jednak to rozstanie było ponad siły. Kochała te dziewczyny. Gdy raz spróbowałam ją zapytać, co u nich słychać, poprosiła, aby o tym nigdy nie rozmawiać. W pamięci miała tylko widok ich oszołomionych pyszczków w aucie u Marka, dręczyło ją poczucie, że je zdradziła.
Nie zdradziła, przeciwnie, zadbała o to, aby miały jak najlepsze życie. Mimo to doskonale rozumiałam jej uczucia. Nie było to pierwsze takie rozstanie, które pozostawiło w niej jątrzącą się zadrę. O tych sprawach milczała.
Pozostał więc Basi tylko Boczek. Zastanawiałam się nieraz, czy nie czuje się samotny. Podobno jednak zaprzyjaźnił się z kotami. Odtąd wiódł spokojny żywot. Dla rozrywki biegał co najwyżej po pobliskiej drodze i obszczekiwał spacerowiczów. W nasze okolice raczej nie zaglądał. Widziałam go tu gdzieś niedaleko może ze trzy razy.
Wszystko się zmieniło, gdy Basia trafiła do szpitala. Boczek nagle zamieszkał na skarpie przy naszym domu. Mirka poprosiła, żeby go nie przyzwyczajać – Basia miała przecież niedługo wrócić, a dom Boczka był tam, na wzgórzu.
I Boczek regularnie biegał na wzgórze. Ale mieszkał w krzakach na skarpie. A spał pod naszym autem, zaparkowanym przed bramą.
Gdy Basia trafiła na intensywną terapię, pewnego dnia, gdy czuła się wyjątkowo dobrze, poprosiła Mirkę:
– Zadzwoń do Oli.
Czyli do mnie. Był to ostatni dzień, gdy mogła jeszcze wydobyć z siebie jakieś słowa. Później porozumiewała się tylko delikatnymi gestami czy ruchami oczu. A jeszcze później wcale…
Wkrótce potem Mirka zrobiła duże wydruki zdjęć Boczka, a pielęgniarka pomogła jej zamocować je przy Basinym łóżku. Basia akurat wtedy otworzyła oczy. „Musiała go zobaczyć – pisze Mirka na swoim FB – bo przyleciała pielęgniarka, że ciśnienie podskoczyło”.
A potem Basia odeszła. Boczek tymczasem zadomowił się pod naszą bramą już na dobre. Wpuszczaliśmy go codziennie na trochę, żeby się bawił z Fukką, było go nam bardzo żal. Mirka z Bogdanem codziennie bywali w domu Basi, ale Boczka tam już nie zastawali. Gdy słyszeliśmy, jak go wołają, mój mąż szedł do nich razem z nim i odprowadzał go na miejsce. Ale gdy tylko odchodził, Boczek wkrótce pędził za nim z powrotem do nas.
Boczek miał zamieszkać u Mirki, a stanęło na tym, że zamieszkał u nas. Wydaje się zadowolony i jakby przywykł do osiadłego trybu życia, a nie gonitw po polach i drogach za sarnami i spacerowiczami. Gonią się z Fukką po ogrodzie.
Jednak stara miłość nie rdzewieje – już dwa razy znajdowali z Fukką szczeliny w płocie i dawali dyla. Przedwczoraj rano mąż szukał ich po okolicy na piechotę dwie godziny, aż wreszcie wsiadł w samochód i pojechał w odwrotną stronę. Tam się na nich natknął. Fukka dała się zgarnąć do auta, Boczek uciekł i wrócił do domu dopiero potem.
Marek mówi, że ma jakieś ustrojstwa do montowania w obroży, tak żeby można ich z grubsza namierzać, i że nam je przywiezie. Gdy się tu zjawi, teraz go już rozpoznam. Obraz dwudziestoparolatka sprzed dwudziestu lat ustąpił miejsca współczesności.
Pani Barbara
Marek ze swoją mamą, dr hab. n. med. Barbarą Bruziewicz-Mikłaszewską, odwozili mnie do domu z przyjęcia wspominkowego. Pani Barbara też znała Basię! Podobnie jak pani profesor filozofii, mieszkająca kilka wsi dalej, która kordialnie pożegnała się ze mną pod koniec przyjęcia. O tym, kim jest ta dostojna i miła pani, Mirka powiedziała mi dopiero po jej wyjściu.
Panią Barbarę przedstawił mi Marek. Jego mama wciąż pracuje, w Ośrodku Pamięci i Dokumentacji Historycznej Dolnośląskiej Izby Lekarskiej we Wrocławiu. Opowiadała mi o Ludwiku Hirszfeldzie, cudem ocalonym z Zagłady, którego gabinet z jej inicjatywy tam odtworzono. Po tragicznym odejściu jego córki, która wskutek traumy po ucieczce z getta zapadła na anoreksję, a wkrótce potem zmarła ze zgryzoty, że straciła ukochanego (dziś oboje spoczywają w grobach obok siebie we wsi Kocina na Kielecczyźnie, mieszkańcy uważają ich za swoich Romeo i Julię), drugą córką stała się dla nich prof. Ewa Bohdanowicz, uczennica Hanny Hirszfeldowej, wybitna pediatra, która czuwała również nad zdrowiem dzieci pani Barbary.
Marek i Marta
Przy stole, gdzie usadowiłyśmy się z Mirką, siedział jeszcze inny Marek, z żoną Martą. Z Martą poznałyśmy się dopiero teraz i rozmawiałyśmy nie o Basi, ale o jej i moim podopiecznym ppłk Nasirze. Jej mąż Marek przysłuchiwał się naszej rozmowie i nieraz coś wtrącał. Temat Afganistanu nie jest mu obcy. Basia podczas naszych rozmów wspominała o Marku, mężu Marty, również bardzo często. Na jego pomoc i radę także mogła liczyć. Mało tego, raz namówiła go nawet, żeby zaorał nam pole po truskawkach, co usłużnie uczynił. Dziś rodzi się tam Ogród Leśny.
Z Martą, z którą odkryłyśmy w sobie nieco pokrewne dusze (obydwie mamy na koncie pracę w gazecie, obydwu nam nie jest obca dziedzina wydawnicza), szybko zeszłyśmy na tematy polityki i niestabilnej sytuacji międzynarodowej, niepokojów społecznych i groźby wojny. Marek nas uspokajał – jak podobno twierdzą dobrze poinformowane źródła, pomimo karczemnych i widowiskowych kłótni między dwoma obozami politycznymi, niezależnie od tego kto rządzi, od wybuchu wojny w Ukrainie żaden rząd nie szczędzi wydatków na wojsko, istnieją też odpowiednie systemy bodźców zachęcających do kariery w wojsku. Marek podzielił moje przekonanie, że nie każdy młody człowiek nadaje się do wojska i pobór powszechny w celu gromadzenia bezużytecznego mięsa armatniego nie byłby najlepszym rozwiązaniem.
Jurek Trawiński
Gdy Mirka powiedziała, „O, idzie Jurek Trawiński”, wątpiłam, czy rozpoznam go w sporej grupie osób. Nie widziałam go również dobre dwadzieścia lat. Jurek, podróżnik i rolnik, był również Basi przyjacielem, bywał u niej i zapraszał ją na imprezy artystyczne w swoim ogrodzie, którego smakiem i naturalnością była niezmiennie zachwycona. W głowie utkwiła mi bura, jaką Jurek dał Basi, gdy spryskała roundupem trawę na ścieżce z kamieni. Wtedy wydało mi się, że Jurek przesadza. Sami spryskaliśmy roundupem to, co jest dziś Ogrodem Dalekowschodnim, albowiem porastały go dzikie łany podagrycznika, które nas przerażały. Szybko jednak poszliśmy po rozum do głowy. Roundup zniknął z naszego otoczenia, a podagrycznik powrócił w chwale i nigdy nie będzie go zbyt wiele!
Jak przez mgłę pamiętam naszą wizytę ze 20 lat temu u Jurka w domu, wykończonym jak odwieczna wiejska chata miejscowymi naturalnymi materiałami wedle jakichś prastarych tradycji. Powiew świeżości i oryginalności w świecie gładzi, regipsów i paneli. Zapamiętałam wizytę w gospodarstwie ogrodniczym jego rodziców, dokąd jednego zabrała mnie Basia, zarządziwszy, że najwyższy czas poważnie zabrać się za nasz ogród. Młodziutkie drzewka, w tym rozmaite odmiany żywotników, jałowców i cisów, które wtedy u nich kupiłam, i krzewy pigwowców, które podarowała mi jego mama, są dziś wielkie i dorodne, współtworząc drzewostan naszego ogrodu. Dzięki nim pokochałam metasekwoję, która szybko wybujała z małej sadzonki w wielkie drzewo. Metasekwoj mamy dziś kilka, są tak urocze!
A Jurka rozpoznałam. Wygląda na to, że on również rozpoznał mnie.
Wczoraj rano zrobiłam Basi bukiet z białej hortensji drzewiastej Annabelle na podłożu z gałązki jodły. O tym, że zapomniałam go zabrać z sobą do auta, zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zbliżałam się do cmentarza. Niech więc będzie zamiast tego zdjęcie tej hortensji. A na koniec jeszcze innej, piłkowanej, którą dostałam raz od Basi. Mówiła, że woli właśnie takie. Mam ich kilka, rozmnożonych oczywiście według jej szkoły, z ukorzenionego patyka.
Chciałabym napisać jeszcze o tym i o owym znajomym Basi, z którym zetknęłam się na przyjęciu. Ale nie zapamiętałam imion, nie znam nazwisk…
„Czy ja się w tym wszystkim nie pomylę? – myślę sobie właśnie. – Czy dobrze zapamiętałam te różne wydarzenia, chronologię, pokrewieństwo, imiona? Ach, to nic, zaraz zadzwonię do Basi i się skonsultuję. Zaraz zadzwonię…”







Piękny i bardzo ciepły tekst. Chyba najlepsze, co można powiedzieć o człowieku po jego odejściu, to to, że nadal łączy ludzi. Basia jest właściwie cały czas obecna: w przyjaciołach, wspomnieniach, drzewach, zwierzętach i drobnych historiach, które po niej zostały.
A historia Boczka naprawdę chwyta za serce. Czyta się Twój wpis że ściśniętym gardłem.